Weekendowe knedliki, Budweiser i pstrągi.

Edytor:Marcin „GOODWAY”

Pomysł wypadu do czeskiej Pragi powstał spontanicznie. A z praktyki wszyscy wiemy, że takie „spontany” wychodzą z reguły najlepiej. Tak było i tym razem.

W połowie maja jedna z uczestniczek niewielkiej imprezki rzuciła od niechcenia: „A może by tak do Pragi się wybrać ??” Liczyła pewnie na to, że takim stwierdzeniem zabłyśnie wśród „rokersiaków”, a przecież jasne jest, że nikomu nie będzie się chciało jechać prawie 1500 km przez 4 dni, bo co to za zwiedzanie miasta w tak krótkim czasie? Nie przewidziała tylko tego, że w towarzystwie było kilku napalonych na jazdę panów, którzy z największą rozkoszą postanowili bez wahania połączyć fajną trasę z krótką i niezbyt męczącą turystyką na 2 kółkach.

Dzień pierwszy

Tak więc klamka zapadła, wyjazd w piątek rano 20 maja. Zbiórka punktualnie o godzinie 09:00 na wylotówce z Warszawy, we wsi Wolica. Na starcie melduje się 5 maszyn i jeden samochód. Najmłodsza motocyklistka ma niespełna pół roku, więc jej rodzice tym razem wybrali podróż na 4 kołach. Szybkie przywitanie pod McDonaldem, ustalenie zasad jazdy w grupie i jazda !!! Ale nie za szybko, bo trzeba się rozruszać, przebić się przez ciasne przebudowy drogi przed Piotrkowem i przede wszystkim nie kusić złego. To dopiero początek wyprawy. Pierwsze emocje opadły i po 160 kilometrach ekipa zatrzymała się na stacji w Dobrzelowie, tuż przed Bełchatowem, na kawę i ciastko…

Kliknij żeby powiększyć Kliknij żeby powiększyć
Kliknij żeby powiększyć Kliknij żeby powiększyć

… i zaraz po napojeniu rumaków, ruszyliśmy w dalszą drogę.

Pogoda zapowiadała się rewelacyjnie. Zero chmury na niebie, lampa, dość gorąco, bo ponad 27 stopni, ale w czasie jazdy nie było to nawet męczące. Natomiast po godzinie męczące stało się ssanie w żołądku. Na celownik wzięliśmy więc Bar „Świba”, gdzie jak wieść gminna niesie, nie sposób przejeść gigantycznego obiadu, za całe 15 zeta. Miejsce polecali TIRowcy, a ci wiedzą gdzie można dobrze zjeść. Bar jest położony przy samej szosie nr8, w połowie drogi pomiędzy Wieruszowem i Kępnem. Mniej więcej o godzinie 13:00 wpadliśmy na parking. Na zewnątrz jest ogromna, zacieniona wiata, gdzie na świeżym powietrzu rozsiedliśmy się wygodnie na ławach. Każdy zamówił coś dobrego. TIRowcy prawdę mówili. Zupę podają tu w wazach, a schabowy zakrywa cały talerz! Po solidnym obiedzie było jeszcze kilka minut na wyciągnięcie nóg i sjestę, na trawce. Kto mógł, raczył się chłodnym piwkiem.

Kliknij żeby powiększyć Kliknij żeby powiększyć
Kliknij żeby powiększyć Kliknij żeby powiększyć

Po godzinie ruszyliśmy dalej. Cel – mała, nadgraniczna wieś zapomniana przez Boga i ludzi, na samej granicy z Czechami. Lasówka koło Zieleńca. Zostało nam około 200 kilometrów jazdy. Każdy z nas upajał się widokami pól i lasów, ciepłym wiatrem i zapachem świeżo skoszonych traw. Postanowiliśmy nie psuć tego błogostanu i ominąć Wrocław, gdzie traci się sporo czasu na przejazd przez zatłoczone miasto. W Kępnie uderzyliśmy więc na południe drogą nr39 przez Namysłów, Brzeg, Strzelin i Łagiewniki. Tutaj wpadliśmy znowu na drogę nr8, w kierunku Kudowy. Do celu zostało już niewiele, jednak niektórzy zaczęli to wstawać na podnóżkach, to prostować nogi, to rozglądać się nerwowo na boki, co świadczyło o potrzebie kolejnego odpoczynku. Stacja BP w Łagiewnikach była dobrym wyborem. Smaczna kawa i niezłe hot-dogi. A tym czasem przed nami pojawiła się niezbyt sympatyczna niespodzianka. Niebo zrobiło się granatowe i w powietrzu wisiała burza. Postanowiliśmy jechać dalej, a gdyby mocno padało, stajemy na najbliższej stacji benzynowej. Aura nas jednak bardziej nastraszyła, niż dała się we znaki. Pokropiło przez jakieś 20 kilometrów, chwilami nawet mocniej, ale za Kłodzkiem droga zrobiła się znowu sucha. Tutaj po raz pierwszy grupa doceniła Maxi. Ja suchy, a oni nie koniecznie 🙂 Tego dnia najgorsze mieliśmy już za sobą. To tylko zaostrzyło apetyty na wieczorne zimne piwko i kiełbaskę z ogniska !!

W Dusznikach Zdroju zatankowaliśmy się do oporu i zahaczyliśmy „Żabkę”, która jak wiadomo jest tania i dobra, ponieważ jest dobra i tania. Obładowani zakupami pomknęliśmy w kierunku Zieleńca. Kiedy zjeżdża się z ósemki w drogę nr389, zaczynają się plenery. Droga biegnie przez las, jest kręta i co jakiś czas przecina punkty widokowe. Czuje się tu górskie powietrze i wolność. Perspektywa wieczornej imprezy w górach pozwoliła zapomnieć o blisko 500 kilometrach masażu naszych 4 liter. Już mijamy Zieleniec, jeszcze tylko 6 kilometrów do celu. Jedziemy przez las, długie proste, wypuszczone winkle, sarny pod lasem … Słowem bajecznie. W końcu Krzysiek Hołowczyc mówi „Jesteś u celu…”. Nareszcie. W swoje progi przyjmuje nas niezwykle gościnna „Andrzejówka”, z niezwykle gościnnym gospodarzem, Panem Andrzejem.

Kliknij żeby powiększyć Kliknij żeby powiększyć
Kliknij żeby powiększyć Kliknij żeby powiększyć

Andrzejówka to mała agroturystyka, kilka pokoi w drewnianym, czystym i dobrze utrzymanym domu, do dyspozycji kuchnia i przyzwoite łazienki. Jeżeli ktoś nie szuka luksusów tylko ciszy z dala od cywilizacji, to poczuje się tutaj jak u siebie. Tu jest wszystko co niezbędne, żeby można było dobrze odpocząć. Wzdłuż drogi biegnie granica, a za drogą są już Czechy… Dosłownie koniec świata 🙂

A wieczorem długo oczekiwane ognisko z kiełbaskami i czymś bardzo zimnym w puszce 😉

Kliknij żeby powiększyć Kliknij żeby powiększyć

Dzień był dość długi, ale wbrew naszym wcześniejszym obawom pogoda była idealna, grupa okazała się bardzo zdyscyplinowana, dostatecznie częste postoje pozwoliły dość często odprężyć się i chwilę odpocząć, a fajna impreza przy ogniu postawiła „kropkę nad i”. Ten wyjazd to była bardzo słuszna decyzja.

Dzień drugi

Jednak sprawdza się reguła, że górskie powietrze jest gwarancją dobrego samopoczucia. Wszyscy wstali po godzinie ósmej w wyśmienitych humorach. Wspólne śniadanie i kawa w ogrodzie przed domem obudziły nas pomału i po krótkich przygotowaniach byliśmy już gotowi do szturmu na Pragę. Jeszcze tylko rzut oka na alkomat i nie było najmniejszych wątpliwości, że jesteśmy gotowi do dalszej podróży.

Kliknij żeby powiększyć Kliknij żeby powiększyć
Kliknij żeby powiększyć Kliknij żeby powiększyć

Tego dnia mieliśmy do zrobienia niecałe 200 kilometrów. Po wczorajszym dniu to było jak krótki spacerek (A walk In a park 🙂 ) Wystartowaliśmy w kierunku Kudowy przed godziną 10:00 rano. Tam dotankowaliśmy się pod korek i przekroczyliśmy granicę. Świeciło słońce, było około 23 stopnie, słowem super warunki do jazdy.

Pierwsze 55 kilometrów jechaliśmy bardzo ostrożnie i bez pośpiechu. Z czeskimi policjantami nie ma zbytnio o czym rozmawiać, bo jak się dogadać z gościem, który na samolot mówi „letadlo”, na samochód „wozidlo”, a kiedy powiesz, że czegoś „szukasz”, gotów jest ci zabrać prawo jazdy ?? Tak więc jadąc spokojnie drogą E67 dotarliśmy niemal do autostrady. Tutaj w Rudnicach stanęliśmy w małym zajeździe. Wszystko było fajnie, tylko jak zamówić lody?? Po kilku minutach udało się. Wystarczyło tylko zamówić „zmarzlinę” 🙂

Po pewnym czasie dotarli do nas przyjaciele z najmłodszą, przyszłą motocyklistką na ręku. Zrobiło się bardzo rodzinnie 🙂

Kliknij żeby powiększyć Kliknij żeby powiększyć
Kliknij żeby powiększyć Kliknij żeby powiększyć

Po czeskiej kawie i zamrożonych na kamień lodach, ruszyliśmy dalej. Do hotelu zostało nam niewiele, bo tylko 100 kilometrów autostrady. Ten odcinek trasy dla jednych okazał się dość nużący, a dla tych niewyżytych wręcz przeciwnie. Mój Maxi najlepiej czuje się przy prędkości podróżnej około 100-120 km/h. Ale już Yamaha Venture, czy Honda SevenFifty miały ochotę nieco bardziej się rozwinąć. Dlatego przejazd autostradą potraktowaliśmy na luzie. Kto chciał przedmuchać rurę, miał teraz okazję. I mimo, że nasz szyk czasami się rozjeżdżał, to jednak po paru kilometrach wszyscy znowu jechaliśmy w jednym składzie. Muszę przyznać, że pierwszy raz trafiła mi się tak zgrana ekipa. Żadnych przestojów i opóźnień, żadnego wyrywania się do przodu, żadnych ryzykownych szaleństw, które mogłyby zagrażać naszemu bezpieczeństwu.

Po niespełna godzinie byliśmy już zameldowani w „Top Hotel Praha”.

Kliknij żeby powiększyć Kliknij żeby powiększyć

Bardzo fajne miejsce pod kilkoma względami: Po pierwsze idealna lokalizacja blisko od autostrady, bez konieczności szukania (jak już wspominałem, nie wolno tego słowa używać w czechach) i błądzenia po nieznanym mieście. Po drugie to tani 3* hotel klasy ekonomicznej, usytuowany w cichej dzielnicy. Do stacji metra Chodov mieliśmy 10 minut piechotą, a wiec na zwiedzanie praskiej starówki można i nawet trzeba jechać „z buta” – ci, którzy lubią piwo zgodzą się ze mną bez cienia wątpliwości 😉 Hotel ogólnie dość estetyczny i ciekawy, bez zbytniego wrażenia tak zwanego „czeskiego filmu”.

Kliknij żeby powiększyć Kliknij żeby powiększyć

Po godzinie 15:00 ruszyliśmy do metra, aby cały wieczór oddać się spacerom, zwiedzaniu starówki i biesiadzie w tradycyjnym czeskim pubie. Tego nie mogło dzisiaj zabraknąć. Z przewodnikiem po Pradze w ręku, czekaliśmy na metro…

Kliknij żeby powiększyć Kliknij żeby powiększyć
Kliknij żeby powiększyć Kliknij żeby powiększyć

Co zwiedzaliśmy w Pradze? Bardzo nietypowo, bo nic, co by było opisane w przewodniku. Postanowiliśmy po prostu iść przed siebie i podziwiać wszystko to, co tylko ciekawego zobaczymy. Nie było więc muzeów, ani konkretnych kościołów, czy osławionej „Zlatej Ulicy”. Zwiedzaliśmy różne, stare zakamarki praskiej starówki, chłonąć atmosferę tętniących życiem uliczek pełnych turystów, rozświetlonych małych sklepików z pamiątkami i unoszącym się w powietrzu aromatem jedzenia z restauracyjnych ogródków. Słowem czysty relaks i błogostan. Atmosfera taka jak na pięknych i znanych starówkach całego świata. A im bardziej zapadał zmrok, tym więcej ludzi pojawiało się na placach i uliczkach starego miasta. A my chodziliśmy i podziwialiśmy, a naprawdę jest co podziwiać…

Kliknij żeby powiększyć Kliknij żeby powiększyć
Kliknij żeby powiększyć Kliknij żeby powiększyć
Kliknij żeby powiększyć Kliknij żeby powiększyć
Kliknij żeby powiększyć Kliknij żeby powiększyć Kliknij żeby powiększyć
Kliknij żeby powiększyć Kliknij żeby powiększyć Kliknij żeby powiększyć
Kliknij żeby powiększyć Kliknij żeby powiększyć

A kiedy nastał zmrok, a nogi wchodziły nam już w …plecy, wpadliśmy do podziemnego pubu „U VEJVODU”. Nie ma go w przewodnikach, ale uważam, że jest godny miana pubu z prawdziwego zdarzenia. Atmosfera jak w starym browarze, prosiaki i kurczaki pieczone wjeżdżały na półmiskach, a dookoła słychać było „Zwei mahl Knedliki bitte” !! Długo nie czekając, poszliśmy w ślady niemieckich turystów i każdy z nas wciągnął solidny obiad, z jeszcze solidniejszym browarkiem 🙂

Kliknij żeby powiększyć Kliknij żeby powiększyć

Około godziny 22:00 udaliśmy się w drogę powrotną. W metrze kultura pełna, ludzie wychodzili na ostatni tego dnia spacer, ze swoimi pupilami. W metrze spotkaliśmy też rodaka z dużą zgrzewką wybornego piwka. To na pewno był jeden z naszych 🙂

Kliknij żeby powiększyć Kliknij żeby powiększyć

Nasz kolega z wypasionym ośmiopakiem czeskiego Budweisera stał się bardzo pożądanym gościem wieczornego spotkania, na którym ustaliliśmy plan na kolejny dzień…

Dzień trzeci

Pomysł był dość prosty i jednocześnie oryginalny. Zamiast po raz kolejny jechać metrem do centrum, postanowiliśmy objechać stare miasto motorami, przekraczając wielokrotnie Wełtawę kilkoma mostami po kolei. Z nich roztacza się wspaniały widok na obydwa brzegi tego starego i uroczego miasta. Z samego rana po śniadaniu spakowaliśmy więc maszyny i spacerowym krokiem ruszyliśmy w miasto. AutoMapa wytyczyła nam „Tour de Prague”, a Hołek był naszym przewodnikiem. Dzięki temu w godzinę zobaczyliśmy miasto z wielu ciekawych perspektyw, których na piechotę z pewnością byśmy nie zaliczyli. Ogólnie Praga w niedzielny poranek, z setkami białych łódeczek na rzece wygląda niemal tak, jak XIX wieczny Paryż. Czasem trafialiśmy też na nowoczesną architekturę, jak na przykład „Tańczący dom”. To wszystko naprawdę warto w Pradze zobaczyć.

Kliknij żeby powiększyć Kliknij żeby powiększyć
Kliknij żeby powiększyć Kliknij żeby powiększyć

Około południa rozpoczęliśmy odwrót w kierunku Lasówki. Po krótkiej i intensywnej wycieczce do Pragi, powrócił apetyt na jazdę, wiatr we włosach i dobry, polski obiad. Ale zanim wróciliśmy na miejsce, o dziwo, kierowcy tych naszych bardzo fajnych okrętów zapałali chęcią skorzystania z usług Xcitinga, chociaż to podobno „Nie motocykl”. A jednak ciekawość była silniejsza. Dlatego drogę powrotną mogłem pokonać na bardzo różnych kanapach. Zmienialiśmy się co kilkadziesiąt kilometrów, podziwiając podgórskie widoki i porównując zalety maszyn moich kolegów 🙂

Kliknij żeby powiększyć Kliknij żeby powiększyć
Kliknij żeby powiększyć Kliknij żeby powiększyć

Tuż po godzinie 16:00 dojechaliśmy na miejsce. Wszyscy się przebrali i zaczęli przygotowania do ogniska. Ale Pan Andrzej zaproponował nam połów pstrągów w sąsiedniej agroturystyce. Je się tam ryby złowione samodzielnie w górskim stawie, a żona gospodarza ryby oprawia i smaży w najlepszej na świecie, maślanej panierce. Do tego piwko, cola albo sok z lodówki i tylko „żyć, nie umierać”. Dwa razy nie trzeba było powtarzać. Wskoczyliśmy na motory i ruszyliśmy w głąb nadgranicznych lasów. Po 8 kilometrach wjechaliśmy do takiej dziury, gdzie nawet telefony nigdy nie miały zasięgu. Wieś nazywa się Spalona. A tam wspaniale utrzymane gospodarstwo agroturystyczne z prywatnym stawem i wyciągiem narciarskim. Jeszcze kilka minut i każdy z nas trzymał w ręku wędkę. Głodne towarzystwo zajęło się dla odmiany rybołówstwem. A po niespełna kwadransie wcinaliśmy najświeższą rybę na świecie.

Kliknij żeby powiększyć Kliknij żeby powiększyć
Kliknij żeby powiększyć Kliknij żeby powiększyć
Kliknij żeby powiększyć Kliknij żeby powiększyć

Uwierzcie mi na słowo, nie jedliście lepszego pstrąga !! Jeżeli kiedyś będziecie w tamtych stronach, musicie koniecznie spróbować. A wszystko to za 18 zeta 🙂

Po rybce wróciliśmy do bazy. Zarządziliśmy kawkę na świeżym powietrzu i dopiero wtedy ruszyliśmy z poważnym grillem i kiełbaskami. Wspominków z wypadu do Pragi było wiele, ale chyba największe emocje szczególnie wśród dziewczyn wzbudziła pierwsza w życiu złowiona ryba. Długo tak siedzieliśmy, grillowaliśmy, raczyliśmy się dobrym, polskim piwkiem. I tak do północy. Rano trzeba będzie wstać i wrócić do domu. Przed nami 490 kilometrów…

Dzień czwarty

Po leniwym poranku i porannej kawie, usiedliśmy do wspólnego śniadania. Nie spiesząc się zbytnio zjedliśmy i zapakowaliśmy rzeczy do naszych rumaków. Po pożegnaniu z Lasówką ruszyliśmy w kierunku Warszawy, ale… może by tak jeszcze zaliczyć Rynek we Wrocławiu? Czemu nie !!

Dwie godziny później, po zaparkowaniu maszyn na parkingu podziemnym, wparowaliśmy na rynek. Tam szybka runda krajoznawczo-zapoznawcza i kawa z ciastkiem. Nie chciało się wracać. Każdy kombinował, jak by tu zostać trochę dłużej. Ale czas jest nieubłagany i po kilkudziesięciu minutach relaksu, ruszyliśmy w dalszą drogę. Do legendarnego obiadu w naszej ulubionej Świbie było już całkiem niedaleko. To nas podtrzymywało na duchu. Wyprawa miała jeszcze swój dalszy ciąg 🙂

Kliknij żeby powiększyć Kliknij żeby powiększyć
Kliknij żeby powiększyć Kliknij żeby powiększyć

Po kolejnej godzinie jazdy zasiedliśmy w barze i zjedliśmy obiad, a po kolejnych dwóch, już piliśmy kolejną kawę pod Bełchatowem. To był przedostatni przystanek przed Warszawą. Wszyscy czuliśmy, że za 2 godziny nasza przygoda dobiegnie końca…

Kliknij żeby powiększyć Kliknij żeby powiększyć

Około godziny 20:00 wypakowywałem rzeczy ze skutera i wchodziłem do domu na warszawskim Mokotowie. Powinienem być zmęczony, a jednak wyjazd był tak fajny, że po wzięciu prysznica i zjedzeniu lekkiej kolacji, mógłbym już ruszać na kolejny 🙂 Fajnie było. Szkoda, ze tak krótko…

Pozdrawiam serdecznie wszystkich, z którymi pozdrawialiśmy się po drodze i wszystkich tych, z którymi się jeszcze będziemy pozdrawiali podczas wypadów po Polsce i jeszcze dalej !!

Text: Marcin „GOODWAY”
Foto: Marcin ‚GOODWAY’, Spiechy i Kędziory