Skandynawia 2007 czyli wakacyjna wyprawa na koło podbiegunowe

Edytor:Artix

Wstęp

Pomysł na wyprawę zrodził się tak naprawdę jakieś 4 miesiące temu. Początkowo na ten rok planowaliśmy Portugalię, ewentualnie Bułgaria, Rumunia, Mołdawia, ale coś ciągnęło nas na północ Europy. Na południe Europy jeździliśmy już dwa razy. Dlaczego jednak na północ, przecież tam jest zimno, drogo, ciągle pada deszcz, odległości pomiędzy miastami są duże a i tych nie ma za wiele. W końcu w całej Skandynawii żyje mniej ludzi niż w Polsce. Może po prostu dlatego że nigdy tam nie byliśmy, a tajemnicza i zimna północ przyciągała nas swoją magią, a może to po prostu trolle nas wzywały do siebie w gościnę. Wierzyliśmy że deszcze jakoś nas ominą a i zapas zupek chińskich nie zrujnuje naszej kieszeni podczas odżywiania się. Wyliczenia kilometrowe zostały skalkulowane na dystans 7 tyś km, wyszło trochę ponad 8 tyś. Wiedzieliśmy że dzienne dystanse do pokonania będą duże i podróż będzie czasem wymagała od nas samozaparcia, mimo wszystko samo wyzwanie objechania Skandynawii i zawitania na koło podbiegunowe powodowało u nas dreszczyk emocji. Jedziemy przekonać się jak naprawdę wygląda Skandynawia.

Dzień 1szy Niedziela

W zasadzie miał to być już drugi dzień naszej wyprawy, no ale jak to bywa, praca, pakowanie, ulewy i wichury skutecznie zniechęciły nas do wyjazdu w sobotę. Zresztą dzień ten poświęciliśmy na przygotowania do wyprawy, żeby na spokojnie w niedziele z samego rana zacząć wakacyjną przygodę. Jako że „grupa” była mała z nikim się nie umawialiśmy, nie było też presji, co do godziny wyjazdu. Może szkoda, bo zamiast o 9 rano wyjechaliśmy o 11. Niedziela, była słoneczna i wietrzna. Nawet bardzo wietrzna. Zapakowani do granic możliwości Silvera ruszyliśmy w kierunku Niemiec. Pierwszy nocleg zaplanowany w pod Hamburgiem na campingu, a więc przed nami 900 km. Seryjne folie założone na sakwy, mające chronić je od deszczu przez całą wyprawę, wytrzymały 200 km. Od wiatru najzwyczajniej w świecie się podarły. Staraliśmy się je reanimować różnymi taśmami, niestety nie przynosiło to oczekiwanego rezultatu. No trudno, grunt że nie pada. Oby dotrzeć do Niemiec, tam pojedziemy szybciej. Mocno pochyleni lewym halsem zatankowaliśmy na autostradzie A2. Przed granicą wskaźnik paliwa jakoś szybko dobił do zera. Tankowanie i przeliczenie spalania, 8,1 litra na 100 km. No i coś poczułem że ta wyprawa przy takim spalaniu drogo wyjdzie. Pod Berlinem kolejne tankowanie znowu 8 litrów, szlag by trafił takie spalanie. W Niemczech z rozpędu chwyciłem się za dystrybutor z paliwem 91 oktan, benzyna to benzyna. Znowu 8 litrów do kolejnej stacji. No cóż 110 kg bagażu plus mało opływowe sakwy, kufer załadowany wysoko, ale dlaczego tak dużo pali ? Kiedy przy kolejnym tankowaniu przy dystrybutorach nie tylko był napis „benzin” i „super” ale i liczba oktanowa 91 i 95 zrozumiałem nie tylko dlaczego tak dużo palił ale też jakie gówno musiałem zatankować wcześniej w Polsce. Spalanie unormowało się na 6,8 litra, do tego 10 euro znalezione na stacji poprawiło mi humor. Odetchnąłem, nie chodziło nawet o wielkość spalania, ale o zasięg na baku.

Po 10 godzinach podjechaliśmy na camping pod Hamburgiem, ładnie położony nad rzeką Elba, jego wadą było to że biuro campingu było czynne do 18-stej a wjazd zamknięty na głucho bez możliwości przeciśnięcia się nawet rowerem. Knajpa oczywiście też zamknięta, dobrze, że w Nevadzie zjedliśmy suty obiad, ale z kiełby i sałatki kartoflanej nici, podobnie jak z wieczornego piwa. Sympatyczni Holendrzy poradzili nam, że zamiast dobijać się do właściciela campingu lepiej rozbić namiot nad rzeką gdzie stał zresztą jeden campiwóz. Chińska zupka załatwiła sprawę głodu. Czas spać, jutro jedziemy dalej.

Dzień 2gi Poniedziałek

Godzina 6 rano, budzi nas delikatne stukanie deszczu o tropik. Zbieramy się dalej, może uda się jakoś ominąć deszcz, zanim rozpada się na dobre. Udało się. Biuro campingu czynne od 9 rano, no cóż, nie będziemy czekać z pytaniem czy musimy płacić za rozbicie namiotu po za campingiem. Przed 7 rano wyjeżdżamy dalej. Dzisiejszy cel – Kopenhaga. Odległość to niecałe 500 km, postanawiamy więc jeszcze szybko zwiedzić Hamburg, taki scooter toure.

Kierujemy się w stronę Kopenhagi najpierw na półwysep Jutlandzki a potem na mosty połączone z wyspami Fonią i Zelandią. Wiemy, że promem jest taniej, ale w końcu przejechanie dwoma mostami po 18 km było jednym z naszych punktów wakacyjnej przygody. Zresztą cena przejazdu nie jest wygórowana dla motocykla, w granicach 60 zł za most. Pogoda nam dopisywała a i na mostach wiatr był mniejszy niż poprzedniego dnia na autostradzie w Polsce. Odnajdujemy wcześniej ustalony camping położony 10 min jazdy autobusem od centrum Kopenhagi i po rozbiciu namiotu idziemy zwiedzać miasto. Obowiązkowym punktem programu jest starówka Kopenhaska oraz syrenka. Samo miasto nie powala na kolana, natomiast zwiedzanie go z łodzi wycieczkowej jest już dość atrakcyjnym doznaniem. Oblicze Kopenhagi w naszych oczach uratowane, kanały są naprawdę ładne, a pływanie statkiem przez godzinę niedrogie i przyjemne. To co widzieliśmy ze statku jeszcze raz zobaczyliśmy z lądu, obiegając starówkę, a potem jeszcze tylko sklepik i idziemy nad główny kanał. Na starówce przy głównym kanale, akurat odbywał się jazzowy koncert, podpatrując miejscowych, którzy wolą za 5 razy mniejszą kasę kupić sobie piwo w sklepie i usiąść na brzegu kanału zamiast w knajpie, idziemy śladem tubylców delektując się miejscowym piwem. Z punktu widzenia miejscowych to fajny zwyczaj iść na starówkę z własną kratą piwa i patrzeć jak turyści zostawiają kasę w ich mieście. No cóż wracamy na camping i czas iść spać. Jutro kierunek Sztokholm.

Dzień 3ci Wtorek

Tego dnia jakoś trudno było się z rana zebrać, ale znowu mamy blisko, tylko 700 km. Ciepło, bez deszczu. Wyjeżdżamy z Kopenhagi kolejnym długim mostem 16 km, trasa wydaje się ciekawa. Droga do Sztokholmu to ładnie położona autostrada, czasem w systemie szwedzkim czyli dwa pasy, a z naprzeciwka jeden i tak na zmianę. Trochę to urozmaicało drogę. Przy stacjach benzynowych małe domki do wynajęcia, przeważnie położone nad jeziorem. Na stacjach benzynowych hot dogi, właśnie odkryłem u siebie pasję testowania hot dogów ze stacji w różnych krajach. Początkowo pierwsze kilometry robimy zgodnie z przepisami, tyle się nasłuchaliśmy o praworządności Szwedów na drogach, że aż głupio łamać przepisy, autostrada ma ograniczenie do 110 km/h. Po paru kilometrach okazuje się że jesteśmy najwolniejszym pojazdem, dostosowujemy więc prędkość do innych 120-140 km/h, czasami nawet 160 km/h i też od czasu do czasu jesteśmy wyprzedani. I tak umarł mit w naszych oczach o bezwzględnie przestrzegających przepisów drogowych Szwedów. Jedynie gdzie zwalniają faktycznie do przepisowej prędkości to miasta, potem „ogień” przez cały czas. Spalanie unormowało się na poziomie 6,5 litra, zasięg się zwiększył, zresztą i tak robiliśmy przerwy co około 200 km, nie tyle tyłek co kark daje mi się we znaki, pobolewając nieznośnie.

Dojeżdżamy na camping w Sztokholmie pod wieczór. Sympatyczny camping i bardzo sympatyczne towarzystwo w koło namiotu, Niemcy, Holendrzy, Słoweńcy, gadamy sobie z nimi jeszcze cały wieczór, rano zwiedzanie Sztokholmu i dalej w drogę do Oslo. W końcu chcemy odwiedzić 3 stolice w trzy dni.

Dzień 4ty Środa

Ehh to wstawanie, ale tym razem udało się wyjechać o 10tej, parkujemy w samym centrum Sztokholmskiej starówki i idziemy zwiedzać miasto. Trafiamy na jakieś uroczystości gdzie żołnierze w strojach paradnych maszerują na rynek. Robimy zdjęcia i cieszymy oczy pięknem miasta. Sztokholm jest w zasięgu promu z Polski, więc nasze zwiedzanie można nazwać rekonesansem po mieście, na pewno jeszcze tu kiedyś wrócimy. Po kilku godzinach łażenia po starówce bolą nas już na tyle nogi że czas usiąść, najlepiej na skuterze, a skoro już mamy na nim siedzieć to najlepiej jadąc w kierunku Oslo. Zanim jednak ruszymy w dalszą drogę postanowiliśmy zjeść obiad bo zgłodnieliśmy na tyle że czas na obiad, a gdzie można zjeść tanio obiad i dużo będąc w Szwecji ? IKEA, no przecież w końcu to kraj skąd pochodzi. Jednak zamiast wołowiny mają wieprzowinę, reszta nie wiele różni się od Polski, no może za wyjątkiem cen. Po obiedzie czas ruszać dalej. Znowu dystans który jest na tyle krótki żeby się nie zmęczyć, niecałe 600 km. Co prawda koniec jazdy po autostradach, ale sama droga jest malownicza i ciekawa, zaczynają się coraz mocniejsze „winkielki” ale i przez to droga staje się ciekawsza. Jak do tej pory udawało nam się omijać deszcze, po przekroczeniu granicy Norweskiej temperatura spada, a asfalt jest mokry po deszczu. Na szczęście, deszcz musiał padać przed nami. Jak do tej pory udaje nam się omijać deszcze i pokonywać drogę „suchą stopą”. Pierwsze tankowanie i … witamy w kraju Łosia, 6,5 zł za litr paliwa. W porównaniu do Szwecji o złotówkę drożej. Dojeżdżając do Oslo nad miastem widzimy takie dziwne niskie i czarne chmury. No cóż, może po prostu się ściemnia. Podjeżdżamy na camping wybrany wcześniej w netcie i pierwsza wpadka. Ciężko to nazwać campingiem, położony na wzgórzach tak, że po rozbiciu namiotu można by spać na siedząco. Jedziemy dalej, po drodze mijaliśmy jakiś hotelik, wydawał się tani, więc wracamy do niego. Faktycznie tani jak na Norwegie, 500 zł za noc ale sympatyczna kobieta mówi że przecież ze śniadaniem. Szukamy w przewodniku innego campingu. Jest, opisany jako luksusowy camping w przystępnej cenie. Jadąc do niego czarne chmury postanowiły obniżyć się i lunąć o całą mocą. Różne deszcze wcześniej widziałem, oberwania chmury które trwają przez chwile, niestety z pod prysznica jest mniejsze ciśnienie wody niż to co na nas leciało. Czuliśmy się jak byśmy stanęli pod wodospadem. Szybka w kasku uchylona bo przynajmniej deszcze spływał sobie równo po obu stronach szyby. W tak „pogodnej” aurze dojechaliśmy do campingu. Zażartowałem w biurze campingu „zawsze u was tak pada”, spodziewając się odpowiedzi w stylu „nie dzisiaj to anomalia” lub „macie pecha u nas przeważnie jest pogodnie”, odpowiedź niestety nie poprawiła nam humorów „w zasadzie codziennie tak samo leje”. Co za miasto. Zdesperowani postanawiamy jednak nie rozbijać namiotu tylko wynająć domek, jednak ulewa nie spłukała u nas zdrowego rozsądku. Cena za domek 450 zl. Postanawiamy jednak rozbić namiot, za jedyne 140 zł. Oczywiście cena nie obejmowała prysznica, ale wody i tak mieliśmy pod dostatkiem. Prysznic za 5 min, 5 zł. Żeby namiotu nie rozbijać w ulewie, postanawiamy rozłożyć go w holu łazienki i rozłożony wynieść na zewnątrz. Przemoczeni idziemy spać. Oslo przywitało nas mało gościnnie. Grunt że nasze założenie spełnione, trzy stolice skandynawskie w trzy dni.

Dzień 5ty Czwartek

Ciągle pada, około 9 rano pogoda zlitowała się nad nami i na chwile przykręciła kurek z deszczem. Piorunem pakujemy się póki nie pada. Wyszło nawet słońce na tyle długo że, namiot dał rade wyschnąć, resztę przetarliśmy szmatką. W lewej sakwie pełno wody, suwak zaczął się już pruć od Kopenhagi, kupno jednak igły i nitki wcale nie jest takie łatwe. Nawet w IKEA w Szwecji były tylko zestawy do szycia, niestety w wersji „mały krawiec”, mega duża paka z dużą ilością nici, nożyczek i igieł. Nam do szczęścia potrzebna była jedna igła i odrobina nici. Obok nas wypatrzyliśmy polskich turystów, ślęczeli nad mapą papierową. Szukali hotelu bo najwyraźniej podobnie jak my mieli dość namiotu rozbitego w ulewie. Mając nad nimi przewagę w postaci gadającej mapy GPS zaproponowaliśmy im pomoc w dotarciu do hotelu w centrum Oslo. W barterze dostaliśmy igłę i stos nici. Tak, to był dobry układ. My zszyjemy sakwę, oni nie będą błądzić. Do tego okazali się przesympatycznym małżeństwem z Gdyni z którym zresztą podczas dalszej naszej wyprawy esemesowaliśmy do siebie. Szkoda że nas czas gonił, a oni chcieli jeszcze zostać w Oslo, mieliśmy się co prawda spotkać w Bergen bo tam też się wybierali, a my jako że pierwsi tam jechaliśmy, mieliśmy znaleźć jakieś sympatyczne miejsce do zatrzymania się. Niestety więcej się nie spotkaliśmy, a szkoda, może jeszcze kiedyś, na innej wyprawie. Zresztą byli to jedyni polscy turyści w Norwegi jakich spotkaliśmy. Kiedy staliśmy przed ich hotelem podeszła do nas grupa polaków z pytaniem, gdzie jest dworzec bo tam podobno łatwo znaleźć pracę. Widać nie wszyscy pojechali do Anglii, niektórzy pojechali do Norwegi. Jak się później dowiedzieliśmy przeciętna stawka to około 400 zł dziennie.


 

Pożegnaliśmy się z naszymi sympatycznymi mieszkańcami Gdyni i pojechaliśmy zwiedzać Oslo. Miasto w deszczu, więc nawet ciężko zrobić jakieś zdjęcia, ceny posiłków zabijające kieszeń. Nie przepadam za fast foodem ale co tam Burger King pewnie będzie najtańszy i był zmieściliśmy się w 200 zł. Kilka kilometrów za Oslo zlokalizowane są wszelakiej maści muzea. Muzeum Kon-Tiki – to chyba najbardziej nas zainteresowało, goście na tratwie wybrali się popływać po oceanie, ciągnie nas do takich przygód, kolejną ekspozycją była łódź zbudowana z papirusu RaI i RaII zbudowana tak jak za czasów faraonów budowano łodzie, również udowodnili że można pływać tym po oceanach. Po wyjściu z muzeum skończył się dzień dobroci dla motocyklistów, znowu ulewa, ehh po 20 min czekania stwierdziliśmy że i tydzień możemy tu siedzieć a padać nie przestanie, więc jedziemy zobaczyć łodzie wikingów, a potem ruszamy dalej do Bergen, pokarmić fiordy. Jeszcze nie wiedzieliśmy, że ten dzień będzie wyjątkowo długi. Droga z Oslo do Bergen wiedzie przez góry, w sumie to tylko 500 km, jak się okazało później, chyba najdłuższe 500 km jakie mieliśmy przed sobą do pokonania. Deszcz trochę się nad zlitował i przestał padać, dzięki temu kiedy „gadająca laska” czyli nasz GPS poprowadził nas jakimś skrótem nawet nie protestowaliśmy, bo widoki były warte zjechania z głównej trasy. Droga w miarę równa, przejeżdżamy malowniczy mostek na którym mogą się minąć chyba tylko 2 motocykle i to też ostrożnie. Nagle komunikat – skręć w lewo, hmm asfalt się kończy ale co tam jedziemy i nagle, uślizg przedniego koła w błocie, panika w oczach, uff udało się, ale nie wiele brakowało żebyśmy leżeli. W tym Momencie słyszę komunikat „jedź 16 km prosto” no i w tym momencie „gadająca laska” przegięła skoro po 300 metrach prawie leżeliśmy. Wracamy na asfalt w końcu skuter to nie sprzęt off roadowy. Jeszcze chwilę pokręciliśmy się po okolicy, okazało się, że wszędzie kończy się asfalt, a zaczynają się polne drogi przez góry. Wracamy więc na główną drogę. Godzina jazdy po Norweskich wsiach w zupełności nam wystarczy, nie żałujemy wycieczki bo droga była naprawdę piękna. Zaliczamy jeszcze niesamowitą rzecz, wjeżdżając do tunelu nagle po kilometrze jakoś jasno przed nami, skrzyżowanie w tunelu, no tego bym się nie spodziewał że pod ziemią trafimy na rondo. Norwegowie nas zadziwiają swoją miłością do kopania tuneli, skrzyżowanie dwóch tuneli pod ziemią, niesamowite. Po chwili jesteśmy na głównej drodze, oczywiście to górska droga i jak to w górach kręta ze stromymi podjazdami i zjazdami, co chwila jakiś tunel pod górą, a to 3 km a to 10 km. Znowu zaczyna lać. Jazda przez tunele kiedy z nieba leje się strumień wody jak byśmy stali pod prysznicem jest naprawdę wytchnieniem i zbawieniem. Zawsze to przez jakiś czas nie pada, może dlatego często w tunelach zwalnialiśmy żeby choć chwilę dłużej jechać bez deszczu. Około godziny 22 mieliśmy serdecznie dość deszczu, rozbicie namiotu raczej przestało nas interesować, szukamy więc czegoś „taniego” i sympatycznego pokoju. Po chwili widzimy drogowskaz kierujący do domków położonych w lesie. Niestety o tej godzinie nie ma już właścicieli, biuro oczywiście otwarte. Widzimy jednak telefon na korbkę. Postanawiamy z niego skorzystać, podnoszę słuchawkę, kręcę korbką i nic, cisza w słuchawce. Obok w jednym z domków widzę że jeszcze ktoś nie śpi, sympatyczna kobitka tłumaczy nam że właścicieli nie ma, ale jest telefon i podaje instrukcję obsługi telefonu. Zakręcić korbka dwa razy i podnieść słuchawkę. No jasne, jakie to proste. Tym razem zgłasza się właściciel i mówi nam że niestety wszystkie pokoje są zajęte, ale w jednym pensjonacie jak pojedziemy 10 km na północ to za 300 koron czyli jakieś 150 zł ze śniadaniem będziemy mieć nocleg. Rety ale taniocha. No dobra jedziemy dalej szukać tego pensjonatu, rezerwacja zrobiona nie na nazwisko bo jakoś przez telefon gość z którym rozmawiałem nie był w stanie zapisać mojego nazwiska, więc rezerwacje mamy na hasło „goście z Polski”. Faktycznie po 10 km jest kierunkowskaz na hotel, skręcamy z drogi w fatalnej jakości ścieżkę, po 10 min dojeżdżamy do hotelu, jak na tą cenę to rewelacyjnie wygląda, widok na ośnieżone góry, cały z drewna, po prostu pięknie. Idziemy do recepcji i mówimy że mamy tu rezerwacje a dziewczyna zdziwiona mówi że nie przypomina sobie takiej rezerwacji, pyta się pod jaki numer dzwoniłem i rozmawiałem o rezerwacji, fajnie numer, hmmm nie pomyśle dwa zakręcenia korbka i jakiś trzask – właśnie pod taki numer dzwoniliśmy. No cóż, pytamy się jeszcze w takim razie o cenę w tym miejscu – 600 zł, chyba nie koniecznie chcemy tu spać. Jedziemy dalej w poszukiwaniu naszego zarezerwowanego pensjonatu. Po drodze jeszcze zahaczamy o jedno miejsce, oczywiście również nie właściwie. W końcu znajdujemy fajny przy drodze położony motel, fajny tylko znowu zamknięty, godzina zaczyna być już późna coś koło północy. Na szczęście noce są tam już na tyle widne że przypominają raczej naszą szarówkę niż noc. Postanawiamy usiąść przy stoliku, zjeść co nie co i pomyśleć co dalej. Po chwili podjeżdżają jacyś Polacy, spali chyba w samochodzie, mówią że dopiero rano będzie czynne, a dalej jak pojedziemy to przez 200 km są już tylko góry, nie ma nic, żadnej wioski, niczego. Jako że spać nam się nie chciało, ubieramy się w „kondomy” dla podtrzymania odpowiedniej temperatury ciała i jedziemy dalej. Widoki przepiękne, jedziemy wzdłuż rwącej górskiej rzeki, co jakiś czas jakiś tunel, grunt że przestało padać, za to temperatura zaczyna spadać, a śnieg z wcześniej oddalonych szczytów górskich leży już przy drodze. Właśnie w takiej jednej stercie śniegu postanawiamy się trochę orzeźwić bawiąc się jak zimą. Nie ma to jak letnie zabawy na śniegu. No ale przed nami jeszcze kawałek drogi. Około godziny 2 w nocy zaczyna nam być już zimno, na szczęście przed nami długi tunel 14 km, zatrzymujemy się równo po środku tunelu w zatoczce pasa awaryjnego. Nareszcie ciepło, postanawiamy odpocząć, ogrzać się i urządzić sobie piknik. Po półgodzinnym odpoczynku, ogrzani jedziemy dalej. Koniec gór i wreszcie jakaś stacja benzynowa, szkoda że tylko automatyczna, nie da się nic kupić więcej po za paliwem. O 5 rano dojeżdżamy do Bergen, tankowanie, Hot Dog i Red Bull, zaczyna łapać nas kryzys. Jedziemy szukać noclegu, po objechaniu kilku campingów, czynnych od 8 rano i tak wszędzie kartki że w domkach nie ma miejsc, a my musimy w końcu przesuszyć nasze ciuchy więc namiot odpada. Po 3 godzinach jeżdżenia po mieście, postanawiamy że jedziemy dalej, w stronę Trondheim. Ile ujedziemy tyle ujedziemy. O 11 rano kolejny kryzys i kolejne wspomagacze, oczy na zapałkach, szukamy już wszystko jedno czego, no prawie wszystko jedno, podjeżdżamy pod hotel, Gosi nie podoba się hotel, faktycznie trochę obskurny i okolica nudna, nalega żebyśmy jechali dalej. Prędkość podróżna dramatycznie spada, zaczynam mieć jakieś zwidy i lęki na zakrętach. O 12 w południe dojeżdżamy do miejscowości Forde. Mała mieścina przy której Ursus to metropolia, mająca jednak dwa centra handlowe, 2 hotele i pensjonat. Hotel w samym centrum, duży obiekt, wszystkie pokoje zajęte, kolejny hotel, ceny zaczynają się od 1 tyś zł, odpuszczamy, czuje że za chwile równie dobrze zasnę w parku na ławce. Ostatnie deska ratunku pensjonat, niecałe 400 zł ze śniadaniem, jest mi obojętne, spać to mój cel. Podgrzewana podłoga w łazience, duże wygodne łóżko, za nami 700 km i 28 godzin podróży na skuterze.

Dzień 6sty Piątek

W zasadzie to ciężko nawet podzielić te dni, po 3 godzinach snu, zregenerowani wstajemy i idziemy pozwiedzać miasteczko Forde lub jak Gosia je nazywa Frodo. W centrum handlowym idziemy na pizze, sałatkę i piwo, rachunek za ten posiłek 260 zł. Zaczynamy rozumieć skąd się biorą łosie w Norwegi i dlaczego to symbol Norwegii. Łosie to my, że chcieliśmy tu przyjechać. Kupujemy jeszcze w sklepie piwo 2 procentowe bo innych nie ma, ale naprawdę są smaczne, szkoda że w Polsce takich nie ma, robimy też drobne zakupy na inne dni. Obiegamy w 15 min całe miasto i o 20 wieczorem idziemy spać, a w zasadzie ja przykładając głowę do poduszki natychmiast zasypiam, bo Gosia jeszcze zszywa sakwy i ogląda sobie telewizję.

Dzień 7my sobota

Znowu nie pada, świeci słońce i jest ciepło, aż dziwnie się czujemy. Trochę nam żal, że spaliśmy 12 godzin, o 8 śniadanie w cenie pokoju i szykujemy się w dalszą trasę. Kierunek Trondheim, do wyboru mamy dwie drogi, dłuższą przez góry i krótszą wzdłuż fiordów ale z pięcioma promami po drodze. Udaje nam się ruszyć o 10 rano w dalszą drogę. Wybieramy trasę z promami, choć gość w recepcji mówi że dużo dłużej będziemy nią jechać, ale jest zdecydowanie bardziej malownicza. W końcu chcemy też nacieszyć oczy.

Faktycznie trasa jest malownicza, jedziemy wzdłuż fiordów, podziwiając widoki, co chwilę widać wodospady spływające z gór. W miarę kilometrów pogoda zaczyna być w kratkę, ale nawet jeśli pada to raczej jest to mżawka niż prawdziwy deszcz. Krajobraz zaczyna się zmieniać na bardziej polarny, choć temperatura można powiedzieć upalna +15 C. Promy nie są drogie średni koszt to około 30 – 40 zł za 2 osoby i skuter, ale i płynie dosyć krótko bo maksymalnie 20 minut. Na jednym z promów biorę rozkład żeby zobaczyć o której mamy ostatni na naszej trasie prom, wrzucam jednak do torby nie patrząc na niego. Postanawiamy podjechać nad Ocean, mała zmiana planów i kierujemy się do Alesund. Ładne miasto, oceanarium i koniec dobrej pogody, zaczyna lekko padać deszcz. Widok pełnego oceanu zasłania nam kilka wysepek, GPS mówi że da się tam dojechać, no dobra ale jak kiedy te wyspy nie łączy żaden most. Zresztą zdziwiłbym się jak Norwegowie postawili by tam most, oczywiście, wyspy połączyli tunelami. Najpierw zjazd 2 km w dół potem 2 km podjazdu. I tak dostaliśmy się na trzecią wyspę, z której rozciągał się przepiękny widok na bezkresny ocean Atlantycki. Na plaży jeszcze czas zostawić ślad po Burgmanii, więc rysuje nasze logo klubowe. Szwendanie się po plaży i znowu tunelami pod oceanem wracamy na naszą drogę, nadrobiliśmy tylko 180 km, ale warto było. Szkoda tylko że pada. Kolejne promy i kolejna droga i widoki. Na przed ostatnim promie, jakoś mnie korci żeby sprawdzić o której odpływa ostatni już prom na naszej trasie wersje są dwie odpływa i przypływa problem w tym że po norwesku więc nie wiemy czy nasz odpływa o 23 czy o 23:30, zerkam na mapę i prawie folder wypada mi z reki, mamy 85 km do pokonania w godzinę, po górach i w deszczu. No to koniec turystycznej jazdy. Za nami łapią się turyści na Varadero, też wiedzą że mamy tylko godzinę. Szaleńcza jazda po górach, raczej mnie nie bawi ale co zrobić, nocować na pustkowiu czy „pałować” na prom, wybieramy wersje extreme. Przyjeżdżamy 5 min przed czasem, na podjeździe stoi jedno auto, więc pytam się gościa czy prom już był a mój zegarek zrobił mi psikusa. Okazuje się że z tego brzegu odpływa za 30 min, z drugiej strony brzegu odpływał o 23 godzinie. Siadamy na ławce i czekamy na ostatni prom. Ehh, a mogliśmy spokojnie jechać, a tak trochę mi wstyd bo spokojnie dojeżdżają inni których wyprzedzałem łamiąc chyba cały kodeks drogowy. Jest całkiem widno, postanawiamy jechać dalej i dziś jeszcze dojechać do Trondheim. Około 2 w nocy zatrzymujemy się na parkingu, czysto, w łazience ciepła woda. Robimy sobie przerwę na popas, kuchenka idzie w ruch. Nawet przez chwilę przemknęła nam myśl żeby zamknąć się w kiblu, rozłożyć karimaty i przespać się trochę, ale kawa robi swoje i już nie chce nam się spać. Zresztą na ten kibel polował już chyba inny turysta, wydał się bardziej śpiący, więc ustąpiliśmy. Namiotu rozbić nam się w deszczu nie chciało. O 4 rano wjeżdżamy do Trondheim. Kolejna niespodzianka, dzikie tłumy młodych ludzi w stanie takim jakiego nawet na żadnym zlocie skuterowym nie da się oglądać. Wjeżdżamy na mostek, właśnie wprowadzają na niego gościa, który przesadził bardziej niż reszta. My robimy zdjęcia, naprawdę ładne miasto, domy na palach, miniatura katedry Noterdam. Postanawiamy jechać dalej, zmęczeni nie jesteśmy, więc szkoda czasu na sen. Kiedy wbijaliśmy miejsce docelowe do GPS podszedł do nas młody łepek, który ledwo stał na nogach i prosił żeby go zawieść do domu. Cena tysiąca koron za kurs ostudziła jego zapędy samobójcze. Po 1,5 h wyjeżdżamy z Trondheim tym samym mostem, gość którego nieśli właśnie jest w połowie mostu. Naprawdę rozrywkowe miasto, musimy kiedyś tam wrócić na dłużej.

Żegnamy się z Norwegią i jedziemy do Szwecji. Docelowo planujemy dojechać do Zatoki Botnickiej i tam poszukać noclegu. Po wjeździe do Szwecji od razu czujemy że to już nie Norwegia za sprawą cen. Znowu stać nas na więcej. Dojeżdżamy nad zatokę i rozglądamy się za „noclegiem” hmm no dobra za miejscem do spania. Tym bardziej że deszcz znowu przestaje padać a zaczyna lać. Gosia robi się senna, a mi w sumie jedzie się dobrze, chce dojechać do miejscowości Lulea ale jakieś 100 km przed nią znajdujemy fajne miejsce na odpoczynek, miłe i sympatyczne pokoje ze śniadaniem, do tego stacja benzynowa i knajpa, chyba popularna bo masa ludzi się tam zatrzymuje. W końcu jest godzina 15sta, za nami 1400 km i 30 godzin jazdy. Zasłużyliśmy na nocleg, postanawiamy złapać krótką drzemkę.

Dzień 8smy Niedziela

Po 3 godzinach snu, wstajemy na obiad i mały spacer po okolicy, deszcz przestał padać, wyszło słońce. Zapowiada się, że jutrzejszy dzień może odbyć się na sucho, co bardzo nas cieszy. Suszymy ciuchy, szkoda że w łazience nie ma podgrzewanej podłogi jak było to w Forde. Kurcze kalendarzowo byliśmy tam wczoraj, patrzę na mapę jaką trasę „dziś” zrobiliśmy. W końcu dla nas to jednak „dziś” mimo przerywnika w postaci 3 godzinnej drzemki. Postanawiamy że to po raz ostatni robimy tyle kilometrów za jednym zamachem. Jestem też pełen podziwu dla Silvera, silnik który pracuje non stop przez 30 h w trudnych warunkach, przeciążony nie bierze oleju, zaczyna mnie nudzić sprawdzanie poziomu oleju bo ciągle jest bez zmian. Oczywiście cieszy mnie to, że nasz juczny muł sprawuje się tak dobrze. Już chyba wiem że SilverWinga mogę zmienić tylko na innego SilverWinga. Właśnie zdajemy sobie sprawę, że dziś mija tydzień, odkąd wyjechaliśmy z domu do końca naszych wakacji został tydzień. Trochę mnie to przeraża bo dajemy z siebie wszystko a nie jesteśmy nawet na kręgu polarnym. O 21szej idziemy spać, to był naprawdę długi dzień.

Dzień 9ty Poniedziałek

Wstajemy z trudem, a raczej ja wstaje z trudem, no ale to nie nowość. Spakowani jedziemy na śniadanie i przed 10tą wyjeżdżamy dalej na północ. Po drodze zwiedzamy sobie park narodowy i robimy kolejne zdjęcia do kolekcji. Przed nami tylko 800 km, więc nie napinamy się z czasem. Na którą dojedziemy do Rovaniemi to dojedziemy. Generalnie, nie mogę uwierzyć, że wczoraj mogłem być zmęczony i senny kiedy dziś jestem tak wypoczęty. Krajobraz z górskiego zmienił się na szuwarowo – bagienny. Trafiamy też na przebudowy i ruch wahadłowy, no i człowiek od razu czuje się jak w domu. Zresztą na drogach są koleiny, choć nie ma dziur. Po drodze odwiedzamy jeszcze skansen i przygarniamy trolla. Od tej chwili podróżujemy w trójkę, choć nasz mały przyjaciel podróżuje w sakwie bocznej. Świeci słońce i nie pada deszcz co nastraja nas w dobry humor. Droga robi się monotonna, głównie proste drogi, bez zakrętów. Po kilku godzinach jazdy zaczynają nas martwić motocykliści nadjeżdżający z naprzeciwka ubrani w kondomy. Faktycznie na horyzoncie pojawiają się czarne chmury jednak my jedziemy cały czas w słońcu. Przed samą granicą Fińska jednak doganiamy chmurę i znowu ulewa, po pół godziny jazdy postanawiamy się choć na chwilę schować się przed deszczem. Niestety na pustkowiu jedyną ochronę jaką udaje nam się znaleźć to przystanek autobusowy. Gosia się chowa na przystanku a ja w błocie nie mam jak postawić skutera więc tylko odrobinę udaje mi się ochronić przed deszczem. Grunt że jedna sakwa nie moknie. Gosia w międzyczasie robi zdjęcia tęczy. Przejeżdżamy graniczny most i Finlandia wita nas przepiękną tęczą. Deszcz ustaje za to podnosi się mgła, nisko nad samą drogą robi przepiękną scenerię. Podjeżdżamy na stację benzynową i niestety naszą kartę nie czyta automat, a stacja zamknięta. Cóż wracamy do Szwecji kilka kilometrów żeby zatankować. Jak się potem okazało to była słuszna decyzja nie dość że w Szwecji benzyna jest tańsza to do samego Rovaniemi nie było potem żadnej stacji benzynowej. Po raz kolejny zaufaliśmy GPSowi choć mając w pamięci błotnistą drogę przez góry odnosimy się do niego już bardziej sceptycznie. Co prawda była to jedyna wpadka naszej „gadającej laski” ale niesmak pozostał. Tym razem droga którą wybrał GPS wbrew znakom kierującym do Rovaniemi okazała się po raz kolejny piękna i malownicza. Po środku lasu spotkaliśmy nawet kuter rybacki, choć do morza był spory kawałek. Po testach łosia, przyszedł czas na test renifera, dziko żyjące renifery postanowiły sprawdzić mój refleks, hamulce Silvera i Gosi refleks na robienie zdjęć. O 12 w nocy choć świecące słońce na horyzoncie temu przeczyło dojechaliśmy wreszcie po za krąg podbiegunowy. Mała sesja fotograficzna i po kilkunastu kilometrach Rovaniemi nas wita w blasku słońca. Podjeżdżamy na camping położony nad rzeką prawie w centrum miasta i tym razem w Gosi odezwała się żyłka turystyczna a może po prostu nie była zmęczona. Moja teoria jest jednak inna, skąpstwo z niej wylazło i zamiast rozbić namiot, Gosia stwierdza że bez sensu będziemy płacić za noc, skoro dawno minęła już północ. Daje się namówić i jedziemy pojeździć po okolicy i porobić zdjęcia w spokoju bez turystycznego zgiełku w melinie świętego Mikołaja. Znajdujemy linię kręgu polarnego i robimy tam zdjęcia. Po sesji fotograficznej postanawiamy zjeść hmm jak nazwać posiłek o 3 rano w blasku słońca, śniadanie ? choć rodzaj potrawy wskazywał by na obiad. W końcu byliśmy dopiero w połowie naszej doby, więc jednak obiad. Nakarmiliśmy też naszego trolla. W przeciwieństwie do trolli forumowych ten był o wiele bardziej sympatyczny. Po obiedzie pojeździliśmy jeszcze po okolicy i o 5 rano wjechaliśmy znowu do Rovaniemi, kierując się nad rzekę, jakoś sennie mi się zrobiło, a Gosi zebrało się na czytanie książek. Nie mogłem ciągle jej namówić żebyśmy pojechali na camping i rozbili namiot, plan był taki że pojedziemy tam o 8 rano i nie będziemy płacić za dobę której nie było. Po godzinie przy 10C zmarzłem próbując zasnąć na karimacie jak kloszard nad rzeką. Pierwszy raz strzeliłem focha i pojechaliśmy na camping, o 6 rano rozbiliśmy namiot, gość poinformował nas że doba liczy się od północy i że jutro o 15stej kończy się nasza doba. Zmęczony, zły że zamiast jak człowiek rozbić namiot spałem na kloszarda nad rzeką, zmarznięty poszedłem spać, w namiocie !!!

Dzień 10ty Wtorek

Wstaliśmy po 4 godzinach. O 11tej wyjechaliśmy na zwiedzanie miasta i wizytę u św. Mikołaja. Tego dnia zrobiliśmy całe 30 km. Melina św. Mikołaja to czysta komercja, ale podobało mi się tam. Spełniłem swoje dziecięce marzenie o … fince, prawdziwej fince z Finlandii, a nie takiej którą można było kiedyś kupić w Składnicy Harcerskiej. Chciałem też zrobić sobie zdjęcie z Mikołajem, ale drań miał przerwę na lunch. Kiedy skończyła mu się przerwa, poleciałem do niego i co, cholerny zielony elf otoczony bandą dzieciaków kazał mi się ustawić w kolejce, przynajmniej godzina stania. Chrzanić świętego, a mógł dostać naklejkę z logiem najlepszego klubu maxi skuterowego na świecie. No cóż jego strata, więcej nie dam mu takiej szansy. Po zakupieniu kilku gadżetów wracamy do Rovaniemi i odwiedzamy muzeum Arctica, poświęconemu kręgowi polarnemu i życiu na nim. Warto je odwiedzić, zwłaszcza że obok eksponatów jest multimedialne. To zachęciło nas, że kiedyś musimy wrócić do Skandynawii i właśnie głównie pojeździć po za kręgiem polarnym. Tak naprawdę zauroczyła nas ta szerokość geograficzna, do tego o dziwo było tam najcieplej ze wszystkich dotychczasowych miejsc w których byliśmy, 19C. Być w Finlandii i nie być w saunie fińskiej, o nie, na wieczór zamawiamy saunę która jest na campingu, tylko że muzeum nas pochłonęło czasowo, więc nie mamy już czasu iść do knajpy coś zjeść. W markecie kupujemy mięso z renifera, makron mamy, zresztą zajmował sporo miejsca, w rezultacie wyszedł wspaniały gulasz z renifera. Renifer na obiad, sauna, fińskie piwo, czego można chcieć więcej. No właśnie piwo, normalnie w sklepie można kupić max 4% mocniejsze dostępne są w specjalnych alkoholowych działach, pierwszy raz widziałem kolekcje piw których zawartość procentowa przekraczała 8%, najmocniejsze jakie udało nam się odszukać pochodziło z Polski, 9,5%, muszę przyznać że w Polsce takiego piwa nie widziałem ani takiej marki piwa. Przed północą idziemy spać, słońce świeci wysoko, nad horyzont obniża się około 2 w nocy oczywiście świecąc, a o 4 zaczyna się podnosić. Nigdy nie zachodzi, przynajmniej w lipcu. Nam jednak nie przeszkadzało żeby zasnąć, jutro czas jechać dalej, trzeba wypocząć.

„; $ile=112; $start=83; $semafor=0; for ($fot=$start; $fot”; foto(„https://www.burgmania.net/img/skandynawia/”,$bak); echo „” ; $fot++; if($fot”; foto(„https://www.burgmania.net/img/skandynawia/”,$bak); echo „” ; $fot++; } else {echo „” ; } if($fot”; foto(„https://www.burgmania.net/img/skandynawia/”,$bak); echo „” ; $fot++; } else {echo „” ; } if($fot”; foto(„https://www.burgmania.net/img/skandynawia/”,$bak); echo „” ; } else {echo „” ; } } echo „”; ?>

Dzień 11sty i 12sty Środa/Czwartek

Budzi nas deszcz stukający o namiot, koniec dnia dziecka. Ustaliśmy że jedziemy do Helsinek i przed Helsinkami znajdziemy nocleg, przed nami 900 km. Graty przenosimy pod dach, włącznie z namiotem, żeby mógł trochę przeschnąć. Śniadanie, wymiana uprzejmościami z Portugalczykami którzy na KTM robią trasę podobną do naszej, podobną z tym że do Portugalii maja dalej niż my do Polski, czasu na wyprawę mają jednak więcej, dużo więcej, zazdroszczę im. Zwijamy graty pod daszkiem i jedziemy dalej, tym razem po raz pierwszy kierunek południe. Dojeżdżamy do Kemi, miasta gdzie co roku staje lodowy hotel. Znajdujemy nawet miejsce gdzie przez 5 miesięcy w roku stoi hotel zbudowany z lodu. Przy 14C jednak marne szanse żeby przetrwał, a do października czekać nie będziemy, aby zobaczyć jedyną w swoim rodzaju budowlę. Krajobraz Finlandii bardzo przypomina Polskę, no może więcej jest tam jezior. Pogoda w kratkę po ulewach, wychodzi słońce i tak kilometry nam lecą. W pewnym momencie trafiamy na przebudowę drogi, właśnie, zaczynam tęsknić za naszymi frezami, tu po prostu ściągnęli asfalt i zostawili błoto zmieszane z cementem. Nawierzchnia, która nie jednego kierowcę crossa by ucieszyła mnie doprowadza do rozpaczy. Skuter zapakowany i niosący dwie osoby waży 500 kg, a co chwila uślizgują mi się koła, nogi na zewnątrz i prędkość piechura, breja wydobywająca się z pod kół w sposób skuteczny zakleja chłodnice. Szlag mnie trafia kiedy widzę stojący przy drodze fotoradar. Nawet samochody nie przekraczają na takiej drodze 30 km/h. Po 10 km koniec przebudowy, skuter uwalony, buty też. Dobrze, że pewnie zaraz będzie padać to się umyje wszystko. No i wykrakałem, znowu nie pada tylko leje. Tempo jazdy nam spada, tym bardziej że słońce zaczyna zachodzić, po zapadnięciu zmroku ulewa zmienia się w oberwanie chmury. Kolejne odkrycie, jeśli „usiądzie się” na zderzaku TIRa jego pęd powietrza zakręca krople deszczu tak, że zamiast ulewy jedzie się w wodnym pyle TIRa, a nie w deszczu, co jest zdecydowanie mniej mokrym doświadczeniem. Tym razem Gosie dopadł foch, no faktycznie obiecałem że się zatrzymamy na nocleg, ale mimo deszczu jedzie mi się całkiem nieźle, do tego zupełnie nie chce mi się spać. O 4 wjeżdżamy do Lahti, niestety deszcz leje tak mocno, że tylko cieszymy oczy miastem i widokami, z oddali widać skocznie narciarska, o robieniu zdjęć nie ma mowy. Po godzinie jedziemy dalej, wracamy na drogę w kierunku Helsinek i po raz kolejny doświadczamy test łosia. Tym razem nie było to bezpieczne bo i prędkość była większa i asfalt mokry. Zdjęcia łosi znowu nie wyszły, a my po raz kolejny zdaliśmy test. O 5 rano jesteśmy w Helsinkach, deszcz wreszcie przestał padać, w sumie padało nam tylko przez 900 km, więc najwyższy czas na lepszą pogodę. Postanawiamy zobaczyć rozkład promów do Tallinna, niestety biura czynne są od 9 rano, mamy więc 4 h na zwiedzanie miasta. Zwiedzanie o tej porze ma swoje uroki, nie ma turystów, ruchu ulicznego. Przy okazji odkrywamy kolejny port promowy, jak się potem okazało dzięki temu oszczędzamy 100 euro. W głównym porcie za skuter i 2 osoby krzyknęli nam 160 euro. Normalna cena w przewodniku podana jest na poziomie 60 euro i tyle płacimy. Bilety na prom kupione, odpływamy w samo południe. Kolejny czas na zwiedzanie i wędzone ryby kupione na targu jako, hmm już dawno pogubiłem się w kolejności posiłków, ale chyba śniadanie. Punktualnie meldujemy się w porcie. Po 3 h podróży wita nas Tallinn. Zaraz po zjechaniu z promu odczuwamy że to już nie Skandynawia, głównie za sprawą miejscowych kierowców. Trąbienie, łamanie przepisów ruchu drogowego, no cóż czas przywyknąć w końcu to już kraj bałtycki nie skandynawski. Po dojechaniu do hotelu w samym centrum miasta, a raczej bloku mieszkalnego gdzie jedno piętro zamieniono na hotel bierzemy pokój z internetem. Rewelacja, właśnie tego mi było brak najbardziej podczas naszego wyjazdu. Skuter trafia na parking strzeżony i kolejna niespodzianka, po pobraniu biletu pytam się gdzie mogę zaparkować, miła kobieta w budce, wyrywając mi bilet z ręki podarła go i powiedziała „motocykl nie zajmuje dużo miejsca, zmieści się w miejscu dla rowerów a więc nie musi płacić” Podoba mi się ten kraj. Idziemy zwiedzać miasto, starówka Tallinna jest przepiękna, w naszym rankingu wysuwa się na prowadzenie ze wszystkich miast pod względem urody, które do tej pory widzieliśmy. Do tego znajdujemy świetne miejsce gdzie można napić się piwa ważonego na miejscu. O północy zmęczenie daje znać o sobie, na nogach jesteśmy już od 40 godzin, najwyższy czas iść spać, tym bardziej że wstaliśmy w środę rano a kładziemy się spać w czwartek wieczorem. Coś nam te dni zaczynają się zlewać. Obiecujemy sobie że koniec z długimi dniami, czas przestawić się na dobę 24 h.

„; $ile=153; $start=113; $semafor=0; for ($fot=$start; $fot”; foto(„https://www.burgmania.net/img/skandynawia/”,$bak); echo „” ; $fot++; if($fot”; foto(„https://www.burgmania.net/img/skandynawia/”,$bak); echo „” ; $fot++; } else {echo „” ; } if($fot”; foto(„https://www.burgmania.net/img/skandynawia/”,$bak); echo „” ; $fot++; } else {echo „” ; } if($fot”; foto(„https://www.burgmania.net/img/skandynawia/”,$bak); echo „” ; } else {echo „” ; } } echo „”; ?>

Dzień 13sty Piątek

Rano zwiedzamy jeszcze miasto, a raczej kończymy zwiedzać to czego nie zobaczyliśmy dzień wcześniej. Tego dnia mamy do pokonania około 350 km, co oznacza że w zasadzie nie wyjeżdżając z Tallinna jesteśmy na miejscu w porównaniu do wcześniejszych dni. Żegnamy Tallinn, choć można by biegać po nim nawet tydzień, ale i czas jak zwykle nas goni. W drodze do Rygi zatrzymujemy się jeszcze nad morzem, plaża bałtycka różni się od naszych plaż, rośnie na niej trzcina, ale również ma swój urok. Jedziemy drogą Via Baltica, spodziewałem się raczej drogi ekspresowej niż zwyczajnej drogi miejscami nawet bez pobocza. Wieczorem dojeżdżamy do Rygi, tym razem nie szukamy już ani hotelu, ani campingu. Nocujemy u rodziny na obrzeżach Rygi. Wschodnia gościnność nie zna granic, umieramy z przejedzenia i z przeżarcia ledwo możemy zasnąć. Skuter ląduje na parkingu strzeżonym, jakoś mam opory w krajach bałtyckich zostawiać skuter na ulicy, choć jest bezpiecznie, mimo wszystko zapinam dodatkowe zabezpieczenie na koło.

„; $ile=166; $start=154; $semafor=0; for ($fot=$start; $fot”; foto(„https://www.burgmania.net/img/skandynawia/”,$bak); echo „” ; $fot++; if($fot”; foto(„https://www.burgmania.net/img/skandynawia/”,$bak); echo „” ; $fot++; } else {echo „” ; } if($fot”; foto(„https://www.burgmania.net/img/skandynawia/”,$bak); echo „” ; $fot++; } else {echo „” ; } if($fot”; foto(„https://www.burgmania.net/img/skandynawia/”,$bak); echo „” ; } else {echo „” ; } } echo „”; ?>

Dzień 14sty Sobota

Od wczoraj ćwiczymy nie używany dawno język rosyjski, w zasadzie wszędzie w krajach bałtyckich można się w nim porozumieć, z rodziną tylko w tym języku bo znowu oni polski ledwo znają. Zwiedzamy Ogre, dzielnice Rygi i dowiadujemy się o ciekawym zwyczaju. Mianowicie każda młoda para po zawarciu związku idzie na most, na który wnosi pannę młodą świeżo upieczony mąż. Na moście zapinają wspólnie kłódkę z wygrawerowanymi swoimi imionami, a klucz wyrzucają do rzeki. Ma to symbolizować wieczny związek do którego nikt nie ma kluczyka. Prawie wszystkie mosty w Rydze obwieszone są kłódkami. U nas ten zwyczaj pewnie by się nie przyjął bo przy takiej ilości kłódek złomiarze mieli by co zanosić do skupu. Rodzina nie pozwala nam ruszać skutera z parkingu i obwozi nas autem po Rydze. Silver po 14stu dniach ma wolne. Ryga to tak naprawdę mniejszy Tallinn, równie urocze miasto z miniaturką warszawskiego pałacu kultury. Rejs po rzece pokazuje nam od strony Dźwiny miasto. Sama Ryga, to jedno z największych miast z dominującą architekturą secesyjną. Robi wrażenie, choć moim zdaniem Tallinna nie przebija urodą. Rodzinka zabiera nas jeszcze na obiad do sympatycznego miejsca gdzie można spróbować całej kuchni krajów bałtyckich i właśnie po spróbowaniu większości potraw wytoczyliśmy się ledwo z tego miejsca.

„; $ile=179; $start=167; $semafor=0; for ($fot=$start; $fot”; foto(„https://www.burgmania.net/img/skandynawia/”,$bak); echo „” ; $fot++; if($fot”; foto(„https://www.burgmania.net/img/skandynawia/”,$bak); echo „” ; $fot++; } else {echo „” ; } if($fot”; foto(„https://www.burgmania.net/img/skandynawia/”,$bak); echo „” ; $fot++; } else {echo „” ; } if($fot”; foto(„https://www.burgmania.net/img/skandynawia/”,$bak); echo „” ; } else {echo „” ; } } echo „”; ?>

Dzień 15sty Niedziela

Ostatni dzień naszej wyprawy wakacyjnej, z Rygi do Warszawy mamy nie całe 700 km. W porównaniu do naszych wcześniejszych tras to dystans idealny żeby się nie zmęczyć. Wyruszamy w trasę do domu, ehh szkoda że wakacje tak szybko mijają. Za rok przecież znowu są wakacje. W drodze do domu na Litwie zwiedzamy jeszcze Kaunas, lub jak kto woli Kowno, zapuszczone miasto choć urokliwe, jednak może kiedy ktoś je kiedyś odremontuje będzie perełką. Oczywiście nie w myśl zasady że należy w każdym kraju próbować hot dogów ze stacji benzynowych z łakomstwa zjadłem kiełbe w bułce. Ciekawostką jest to że tylko w Estonii mierzono temperaturę parówki specjalnym termometrem, teraz jako ekspert od hot dogów ze stacji benzynowych mogę podsumować moje doświadczenia że najlepsze hot dogi były w Norwegii. W drodze powrotnej nasza trasa przebiegała przez Suwałki więc tam postanowiliśmy się na chwilę zatrzymać i odwiedzić kolegę z forum Rudego56 i wspólnie coś przekąsić. Zjedliśmy pyszne miejscowe jedzenie, szkoda że nie zdążyliśmy przyjechać do Suwałk wcześniej bo właśnie kiedy tam dojechaliśmy kończył się festyn z regionalnymi przysmakami, zarówno Polskimi i Litewskimi. Pożegnaliśmy się i … no właśnie za Augustowem dopadło nas oberwanie chmury, w stylu Norweskim. Niektóre auta zjeżdżały, my zaprawieni w jeździe w takich warunkach jechaliśmy dalej. W strugach deszczu dojechaliśmy do domu. Na liczniku 8 116 km lub jak kto woli 5 043 mile, to więcej niż planowaliśmy, ale i tak czujemy niedosyt z jazdy. Kolejna wyprawa za rok, dokąd ? to się okaże jak pokazuje życie nigdy nie wiemy gdzie nas rzuci ani ile kilometrów przed nami.

„; $ile=186; $start=180; $semafor=0; for ($fot=$start; $fot”; foto(„https://www.burgmania.net/img/skandynawia/”,$bak); echo „” ; $fot++; if($fot”; foto(„https://www.burgmania.net/img/skandynawia/”,$bak); echo „” ; $fot++; } else {echo „” ; } if($fot”; foto(„https://www.burgmania.net/img/skandynawia/”,$bak); echo „” ; $fot++; } else {echo „” ; } if($fot”; foto(„https://www.burgmania.net/img/skandynawia/”,$bak); echo „” ; } else {echo „” ; } } echo „”; ?>

tekst: Artix
foto: Gosia
copyright by Burgmania